Nawet nie wiem jak się usprawiedliwiać. Cały miesiąc nic nie blogowałem i chociaż żebym mógł się chwalić, że wino, kobiety i śpiew, a tu praca, praca i praca. Ja rozumiem, że kobiety i śpiew można zastąpić pracą ale wino?
Tak czy siak podróżowałem ostatnio dość dużo i oczywiście, jakżeby inaczej, byłem w Brukseli. Podczas tego pobytu miałem okazję zwiedzić Europejską Szkołę, w której uczy się ok. 3000 uczniów od zerówki po liceum. Nie muszę mówić, że celem wizyty była “energooszczędność”. Szkoła ta szczyci się tym, że została zcertyfikowana energetycznie i że ma cały program jak wydawać mniej pieniędzy na energię. Oczywiście nie we wszystkich budynkach udaje się wprowadzać zmiany (architektura np.) ale tam gdzie można robi to. Co więcej sami uczniowe podejmuja inicjatywy jak oszczędzać energię - przykładowo przygotowali oni 6 punktową “politykę energeytyczną”. Jednym z punktów jest np. obniżenie temperatury w pomieszczeniach o 1 stopień z 21C na 20C, a nocą aż o 4 stopnie. Szukam takich przykładów w Polsce ale na razie same falstarty.
Podczas pobytu w szkole wywiązała się dyskusja. Otóż pytałem o certyfikat (dokument), gdzie go moge zobaczyć. I okazało się, że jest on zamkniety w szufladzie dyrektora, który własnie wyszedł, więc nici z oglądania. No i zadałem pytanie, to po co im certyfikat jak się nim nie chwalą, tylko lezy on w szufladzie, zamkniety na klucz. Odpowiedź była taka - ceryfikat to tylko papier, ważne są działania! My się nie chwalimy papierami, tylko tym że nasi uczniowie działają aktywnie na rzecz ograniczenia zuzycia energii.
Mnie osobiscie bardzo to się spodobało. Wreszcie zobaczyłem ludzką twarz Brukseli
a nie tylko dyrektywy!